IDL
2008-01-17
Jeszcze o doraźności...
W poprzedniej notce dotyczącej rozwoju Bydgoszczy nie wspomniałem o innym drastycznym przykładzie całkowitej przypadkowości działań władz miasta. Ludzie w nich zasiadający sprawiają na mnie wrażenie psów Pawłowa - reagują dopiero na bolesny bodziec. Otóż od ponad 100 lat istnieje w naszym mieście kino „Pomorzanin”, które w wyniku powstania Multikina niestety upadło. Przez długi czas stało zamknięte, aż wreszcie zostało sprzedane firmie, która otworzyła w nim... handel mydłem i powidłem! Jakoś nikomu we władzach to specjalnie nie przeszkadzało (w przeciwieństwie do bydgoszczan, którzy są generalnie oburzeni), do momentu, kiedy właściciel postanowił przebudować „Pomorzanina” na centrum handlowo-usługowe. Wtedy od razu podniosło się larum, włodarze miasta są oburzeni, miejski konserwator zabytków zapowiada walkę o kino... A ja pytam: o czym szanowni panowie myśleli, gdy ważyły się jego losy? O uratowaniu unikalnej architektury i wnętrz? O wzbogaceniu Bydgoszczy o koleją placówkę kulturalną, niekoniecznie przynoszącą dochody, za to wzbogacającą życie duchowe? Czy może jednak o szybkiej kasie dla miasta, którą można zbić na opłatach za prowadzenie handlu w tak doskonałej lokalizacji? Więc teraz te wasze narzekania są tylko krokodylimi łzami...
2008-01-15
Bydgoszcz mądra po szkodzie?
Właśnie o tej ostatniej świątyni kapitalizmu - Drukarni - przeczytałem w Gazecie Wyborczej, że świeci pustkami. No cóż, w swoich przewidywaniach pomyliłem się o 3-4 tygodnie, zakładałem bowiem, że początkowe zainteresowanie nowym miejscem spadnie już po 14 dniach. Przeciętnemu bydgoszczaninowi Galeria oferuje naprawdę niewiele. Niezłe delikatesy, dość dobrze zaopatrzony sklep AGD, dwa w miarę dobre sklepy z odzieżą i... tyle. Reszta butików sprzedaje towar w bardzo wysokich cenach, kawiarnia na piętrze, choć podają w niej przepyszną kawę, również nie jest tania (za to ma fajny widok z okna, jak widać na obrazku). Nie ma więc co dziwić się pustkom. W minioną niedzielę galerię odwiedziło co prawda wiele osób, ale to ze względu na odbywający się w tym dniu finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Być może ma rację szef Drukarni, mówiąc, że styczeń jako okres poświąteczny nie jest dla handlu zbyt dobrym czasem. Mam jednak wrażenie, że bez jakiejś spektakularnej zmiany miejsce to skona powolną śmiercią...
Paradoks polega na tym, że taki rozwój sytuacji można było przewidzieć. Akurat ścisłe centrum Bydgoszczy to nie jest miejsce, które zamieszkiwałyby osoby o wypchanych portfelach - one postawiły swoje domy poza miastem, skąd bliżej i wygodniej dojechać im do dużych centrów handlowych z prawdziwego zdarzenia, gdzie sklepów jest więcej, można w miarę bezproblemowo zaparkować samochód, a w przypadku przedłużających się zakupów zjeść obiad w normalnej restauracji. Niestety, ktoś we władzach miasta uparł się, że właśnie taki sklep jak Drukarnia, właśnie w tym miejscu, jest niezbędny, i mimo wielu zawirowań oraz protestów (głównie ze strony mieszkańców okolicznych domów) doprowadzono do realizacji tego projektu. Skoro teraz socjologowie tak głośno wypowiadają się na temat jego nieopłacalności, dlaczego nie zrobili tego wcześniej, dlaczego władze nie przeprowadziły - bo zakładam, że nie zrobiły tego - badań dotyczących sensowności takiej inwestycji? Czy opierano się tylko na obietnicach inwestora, odśpiewując przy tym znaną mantrę o „tworzeniu miejsc pracy i ożywieniu ulicy Gdańskiej”?
Jest to kolejny dowód doraźności, dominującej niestety w Bydgoszczy, a także braku porozumienia między administracją miasta a mieszkańcami. Nie znam żadnego planu zagospodarowania ani rozwoju miasta (choć niewątpliwie istnieje), a obserwując podejmowane działania, widoczny jest brak organizacji i koordynacji. Najdobitniejszy przykład to prace remontowe przy Wiadukcie Gdańskim: ogłoszono przetarg na jego rozebranie, natomiast zapomniano o ogłoszeniu przetargu na budowę nowego... W efekcie od dłuższego czasu wyjazd z Bydgoszczy ul. Gdańską jest niemożliwy, ponieważ kończy się ona wielką dziurą. Podobno prace budowlane jednak już trwają, i zostaną zakończone przed Mistrzostwami Świata Juniorów w Lekkiej Atletyce, które odbędą się na początku lipca. Ale przykłady można by mnożyć: brak zdecydowania co do przyszłości Placu Teatralnego; niemożność dogadania się co do kładki łączącej Operę Nova z Wyspą Młyńską (na szczęście już po sprawie); wołające o pomstę do nieba zaniedbania przy remoncie Młyna Rothera...
Martwię się tylko, że za parę lat obudzimy się w rozgrzebanym, zakorkowanym, rozwijanym bez jakiejkolwiek koncepcji mieście, gdzie piękne, stare budynki ulegną całkowitej dewastacji, bo nikt nie będzie się nimi interesował (jest np. taka piękna kamieniczka przy Akademii Muzycznej, o którą kłóci się kilkoro właścicieli, a budynek powoli popada w ruinę). Kogo będziemy wtedy winić?
2008-01-14
Czaqu rrrwagrać!
W piątek, 11 stycznia, dzięki uprzejmości przesympatycznego niewątpliwie kolegi Adama ;-), mieliśmy przyjemność uczestniczyć w odbywającym się w lokalnym Radiu PiK koncercie toruńskiego zespołu Czaqu. Była to kolejna odsłona cotygodniowych emisji promujących młode lokalne kapele. Szliśmy bez jakichś specjalnych oczekiwań, tym bardziej że kawałek Czaqu, który usłyszałem dzień wcześniej, podejrzanie kojarzył mi się z niesławnej pamięci zespołem Łzy... My bad.
Goście dali czadu dość konkretnie. Skład czteroosobowy, czyli sekcja rytmiczna, gitarzysto-wokalista i klawiszowiec. Ten ostatni wzbudził chyba największy aplauz - nie dość, że grał w niestereotypowy sposób (przy każdej solówce patrzyliśmy najpierw na gitarzystę... który tak naprawdę nie zagrał chyba ani jednej solówki, wszystko robił klawiszowiec), to jeszcze odstawiał cały show, skacząc przy instrumencie, podśpiewując chórki, generalnie czyniąc cuda. Oczywiście cały zespół dawał radę; na początku chciałem się czepiać perkusisty, że gra schematycznie i ubogo, ale dwa czy trzy kawałki później już o tym nie pamiętałem. :-) Ktoś kiedyś powiedział, że muzyka to umiejętność operowania ciszą, i Czaqu pokazało, jak się to powinno robić. Ciekawa rytmika, odpowiednie wykorzystanie pauz, nieprzeładowywanie utworów muzyczną treścią dają w rezultacie bardzo fajne, wpadające w ucho piosenki. Dodatkowo wokalista, którego głos nie powodował u mnie marszczenia skóry na grzbiecie (przy okazji, gorący pręt w rzyć jury „Polityki”, za przyznanie Paszportu w kategorii Muzyka niejakiemu Grabażowi z zespołu Pidżama Porno), a teksty śpiewał oryginalne i ciekawe. Jak jeszcze tylko popracuje nad zniwelowaniem przesadnej artykulacji głosek „ą” i „ę”, bedzie naprawde fajnie. ;-)
Paradoksalnie, NIE dziwię się, dlaczego zespół nie wydał jeszcze płyty: które radio chciałoby grać w prime time piosenki, w których trzeba zwracać uwagę na muzykę i słowa jednocześnie?!
Sala, w której odbywał się koncert, była zapchana ludźmi, z których dość dużą część stanowili „przyjaciele” zespołu. Cały czas kręcił się ktoś z kamerą, parę osób robiło zdjęcia. Publiczność głównie nastoletnia. Zespół upierał się, żeby koncert oglądać na stojąco, co w tak małym studiu radiowym jednak się nie sprawdziło - kiedy pod koniec koncertu w końcu zwinięto krzesełka, robiąc trochę miejsca, młodzież poskakała do jednego kawałka i tyle... Zresztą publika w ogóle była fajna: kiedy Czaqu zagrało swoją obligatory ballad, wszystkie niunie przytuliły się do swoich misiów, szepcąc sobie nawzajem czułe słówka do uszków. :-)
Reasumując, wieczór był udany i z niecierpliwością czekam na kolejny koncert w najbliższy piątek: zagra Kumka Olik, zespół z Mogilna z niesamowitym potencjałem; szkoda, że tak paskudnie spalili się na festiwalu w Opolu w zeszłym roku... Ale liczę, że w radiowym studiu dadzą z siebie wszystko. :-)
Goście dali czadu dość konkretnie. Skład czteroosobowy, czyli sekcja rytmiczna, gitarzysto-wokalista i klawiszowiec. Ten ostatni wzbudził chyba największy aplauz - nie dość, że grał w niestereotypowy sposób (przy każdej solówce patrzyliśmy najpierw na gitarzystę... który tak naprawdę nie zagrał chyba ani jednej solówki, wszystko robił klawiszowiec), to jeszcze odstawiał cały show, skacząc przy instrumencie, podśpiewując chórki, generalnie czyniąc cuda. Oczywiście cały zespół dawał radę; na początku chciałem się czepiać perkusisty, że gra schematycznie i ubogo, ale dwa czy trzy kawałki później już o tym nie pamiętałem. :-) Ktoś kiedyś powiedział, że muzyka to umiejętność operowania ciszą, i Czaqu pokazało, jak się to powinno robić. Ciekawa rytmika, odpowiednie wykorzystanie pauz, nieprzeładowywanie utworów muzyczną treścią dają w rezultacie bardzo fajne, wpadające w ucho piosenki. Dodatkowo wokalista, którego głos nie powodował u mnie marszczenia skóry na grzbiecie (przy okazji, gorący pręt w rzyć jury „Polityki”, za przyznanie Paszportu w kategorii Muzyka niejakiemu Grabażowi z zespołu Pidżama Porno), a teksty śpiewał oryginalne i ciekawe. Jak jeszcze tylko popracuje nad zniwelowaniem przesadnej artykulacji głosek „ą” i „ę”, bedzie naprawde fajnie. ;-)
Paradoksalnie, NIE dziwię się, dlaczego zespół nie wydał jeszcze płyty: które radio chciałoby grać w prime time piosenki, w których trzeba zwracać uwagę na muzykę i słowa jednocześnie?!
Sala, w której odbywał się koncert, była zapchana ludźmi, z których dość dużą część stanowili „przyjaciele” zespołu. Cały czas kręcił się ktoś z kamerą, parę osób robiło zdjęcia. Publiczność głównie nastoletnia. Zespół upierał się, żeby koncert oglądać na stojąco, co w tak małym studiu radiowym jednak się nie sprawdziło - kiedy pod koniec koncertu w końcu zwinięto krzesełka, robiąc trochę miejsca, młodzież poskakała do jednego kawałka i tyle... Zresztą publika w ogóle była fajna: kiedy Czaqu zagrało swoją obligatory ballad, wszystkie niunie przytuliły się do swoich misiów, szepcąc sobie nawzajem czułe słówka do uszków. :-)
Reasumując, wieczór był udany i z niecierpliwością czekam na kolejny koncert w najbliższy piątek: zagra Kumka Olik, zespół z Mogilna z niesamowitym potencjałem; szkoda, że tak paskudnie spalili się na festiwalu w Opolu w zeszłym roku... Ale liczę, że w radiowym studiu dadzą z siebie wszystko. :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)