IDL

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą music gets the best of me. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą music gets the best of me. Pokaż wszystkie posty

2010-06-18

...and I found direction

Człowiek jakiś taki niezorientowany... Wczoraj minęło 25 lat od wydania Misplaced Childhood Marillionu. Nieodmiennie jest to dla mnie najważniejsza i najlepsza płyta, jaką kiedykolwiek słyszałem. Więcej nie napiszę, bo powstałaby książka. :-)

Edit - jedna z najlepszych solówek Stefka:

2009-10-26

Dla mnie to skarb

Wielokrotnie w różnych sytuacjach dawałem wyraz swojej głębokiej niechęci do wyrobów polskiego przemysłu muzycznego, do tych różnych Grabaży, Kazików, Lao Che... Są oczywiście chlubne wyjątki od tej reguły (np. Armia, „Der Prozess” - rewelacja!), jednak gdyby Unia Europejska wprowadziła w dziedzinie muzyki analogiczne wymogi, jak te dotyczące krzywizny bananów (albo ogórków), to moim zdaniem nasze uszy i poczucie estetyki tylko by na tym skorzystały.

Z tym większym dla siebie samego zaskoczeniem muszę stwierdzić, że nowe dzieło Katarzyny Rooijens (de domo Szczot) jest ogórkiem prostym jak norma UE przykazała, i nawet po rozłożeniu go na kawałki nie wychodzi z tego mizeria. :-) Składa się owa płyta z 11 różnorodnych utworów, znakomicie zrealizowanych, część z nich nasuwa skojarzenia z polską muzyką przełomu lat 1970/1980 (tak, to komplement!), a jednocześnie całość brzmi nowocześnie. Dodatkowo dużym plusem dla mnie jest to, że nie ma tutaj spinania się na przebój ani debilnych tekstów o paście avocado czy smarowaniu chleba ludźmi. Muzycznie jest spokojnie i bardzo oszczędnie, nawet żywsze utwory nie są przeładowane pomysłami aranżacyjnymi. Płyty słuchałem już kilkanaście razy - najprzyjemniej jest późnym wieczorem, a dzisiaj przejdzie jeszcze test na wypasionych słuchawkach :-) - i nie znudziła mi się ani nie nuży przy kolejnych odtworzeniach. Tak więc polecam.

2009-06-26

The King Has Left the Planet...

Michael Jackson nie żyje. :-( Zmarł w wieku 50 lat, z powodu nagłego zatrzymania akcji serca - przynajmniej tyle wiem, pisząc te słowa i starając się nie śledzić spekulacji. Szkoda człowieka, który przy biernym współudziale nas wszystkich zmarnował sobie życie.

Pytanie zresztą, co to było za życie? Dziecko trafia na scenę w wieku 5 lat, natychmiast rzucone na głęboką wodę. Potem głęboka woda zmienia się w bezdenną otchłań, gdy solowa kariera zapewnia mu niewyobrażalną popularność i bogactwo, jednocześnie pozbawiając resztek jakiejkolwiek prywatności (której choć pozorów tak rozpaczliwie wydawał się bronić), a w pobliżu sami pochlebcy i klakierzy – nikogo, kto zapewniłby bezinteresowne wsparcie. Zaś wokół tłumy obserwatorów i mediów czekających na sensację. Makabryczna, smutna egzystencja. A gdy tylko talent do tworzenia hitów nieco osłabł, zleciały się stada sępów, gotowe do zbicia kasy na odbrązawianiu wizerunku Króla Popu.

W serwisie Facebook, obok zdjęcia Jacksona z lat największej sławy, ktoś napisał Do you remember that kid? He died some 25 years ago. Myślę, że to dobre podsumowanie tej smutnej historii...

2009-05-10

Czas na (drastyczne?) zmiany...?

Tyle znaków zapytania, tyle wątpliwości! :-) Już od Somewhere Else myślę sobie, że nadszedł chyba czas, by Marillion zmienił... wokalistę! Absolutnie nic nie mam do Steve'a H - mimo bólu serca, jaki wywołało we mnie odejście Fisha, uważam, że H sprawdził się świetnie w roli nowego głosu M, pchnął zespół na nowe tory i przyczynił się do stworzenia rewelacyjnych rzeczy. Ale... wszyscy się starzejemy - również wokaliści, co w tym przypadku jest o tyle przykre, że wiąże się ze słabnącymi strunami głosowymi. Nie znam wokalistów rockowych, którzy trzymaliby poziom wokalny w starszym wieku (w niedzielę w MiniMaksie puścili Deep Purple z trasy sprzed 10 czy 15 lat, już wtedy Gillan brzmiał dość żałośnie). I u Hogartha słyszę to samo - na dobrą sprawę na Marbles - genialnej płycie - były fragmenty wokalnie „wysilone”. Teraz mielę na okrągło Happiness is the Road, które jest albumem świetnym, nawet jeśli trochę przydługim. Niestety, przez długi czas odpychało mnie od niego (i nadal często irytuje) miauczenie Hogartha w niektórych kawałkach. Nie jest ono co prawda aż tak wkurzające, jak wysiłki wokalne Chrisa Martina z Coldplay (albo Artura Rojka, żeby daleko nie szukać), ale o ile u tych dwóch wydaje się ono być manierą wokalną, to Steve po prostu nie daje rady. Co zresztą było też słychać na koncercie.

Dlatego uważam, że nadszedł czas na zmiany - w zespole zdecydowanie tkwi jeszcze potencjał, którego muzycy nie mogą w pełni wykorzystać, ponieważ tworząc nową muzykę muszą brać pod uwagę słabsze możliwości swojego frontmana. Z tego względu albumy Marillion zawierają coraz więcej utworów do nucenia, mruczenia, zawodzenia, mało jest kawałków czadowych, dynamicznych, które porwałyby obecnych i potencjalnych fanów, w których instrumentaliści mogliby się wykazać pełnią swoich możliwości. Niedawno zespół ogłosił, że przymierza się do nagrania albumu akustycznego - dla mnie to kolejny dowód, że coraz łatwiej przychodzi im zagłuszanie Stefka, postanowili więc złagodzić brzmienie (nawet jeśli to tylko jednorazowy pomysł). Moim zdaniem, jakieś młode gardło - a czemu by nie kobiece? - tchnęłoby w Marillion nowe życie, dało im trzecią młodość. ;-) Oczywiście zawsze pozostaje problem, co zrobić ze zużytym wokalistą. Nie sądzę, by H zadowolił się śpiewaniem chórków. Ale to zdolny facet, na pewno by sobie poradził... :-)

2009-02-23

Last.fm

Dzisiaj, w ramach cyklu „Wielkie odkrycia ludzkości”, prezentujemy Last.fm. :-) To takie radio z rekomendacjami, czyli wpisujemy ulubiony zespół, a na tej podstawie strona dobiera podobnych wykonawców. Na razie działa to bardzo fajnie, umożliwia poznanie nowej muzyki, szczególnie w przypadku tych twórców, których słucham od czasu do czasu albo od niedawna, więc nie za dobrze znam. Wpisałem np. Fleet Foxes, i to, co poleciało z głośników, bardzo mi się podobało. Podobnie w przypadku Diany Krall albo Marizy (usłyszałem śpiewaczkę fado o pseudonimie Misia - dla mnie bomba: i pseudonim, i muzyka). Coś takiego idealnie sprawdzałoby się w pracy (zwłaszcza że na zewnątrz budynku trwają prace remontowe i izolacja dźwiękowa jest wysoce pożądana), niestety - jest zakaz słuchania radia internetowego i generalna blokada. :-/

2009-02-15

Marillion na zimno

Dzięki siłom wyższym za łagodną zimę! Gdyby 11 lutego była normalna, lutowa pogoda, czyli -15°C, a nie jakieś +5°C, koncert nie obyłby się bez odmrożeń, a może i śmiertelnych zamarznięć. Rację miał braciszek, że trzeba było jechać do Stodoły. Chciałbym poznać osobę, która wpadła na pomysł, żeby w połowie lutego koncert urządzić w kiepsko ogrzewanej, obskurnej hali produkcyjnej! Publika jeszcze jakoś dawała radę, bo raz, że wszyscy w kupie, dwa, że część sobie podskakiwała - chociaż chyba bardziej dla rozgrzewki niż do rytmu... Ale na muzyków - a konkretnie jednego - żal było patrzeć. Mark Kelly, który chyba od samego początku nie był w najlepszym humorze, w miarę grania błyskawicznie tracił jego resztki. Zimno było na tyle dojmujące, że co chwila musiał pociągać nosem i wycierać go palcami. :-) Jestem ciekaw, jak jego zdrowie... Pozostali muzycy zdawali się nie przejmować - Hogarth trzeźwiał w trakcie koncertu, poza tym dużo biegał i podskakiwał, tak jak Pete. Ian Mosley wykonywał pracę fizyczną, więc nie przejmował się w ogóle, natomiast Rothers jest chroniony tak grubą warstwą tłuszczu (mój brat zdębiał, jak go zobaczył), że mógłby spokojnie zagrać na Antarktydzie, ubrany tak, jak w Gdańsku - w czarną marynarę, koszulę i spodnie.

Ad meritum - koncert bardzo udany. Większość materiału z nowszych płyt, w sumie niewiele zaskoczeń (może poza Great Escape/Goodbye to all that). Ale do tego standardowy - to znaczy bardzo wysoki - marillionowy poziom, nawet jak się przednie głośniki wysypały, to zespół przy pomocy publiczności przetrwał to z uśmiechem na twarzy (a Hogarth i Rothers nie przestali nawet grać). Jedyny zarzut, jaki mam, to głośność rosnąca z upływem czasu do tego stopnia, że gdy w jednym utworze Pete zszedł na niższe dźwięki, było to wręcz nieprzyjemne. No i ktoś mógłby powiedzieć Hogarthowi, że pasek do gitary z różowym futerkiem to żenua, poza tym nie wystarczy mieć wiosło na szyi, trzeba jeszcze na nim coś zagrać sensownego... :-) Rothers miał niezłą, dwugryfową gitarkę, na której grał Estonię. Ten koleś to jest jednak mistrz!

Zgodnie z zasadą All the best Freaks are here, tu również nie zabrakło dziwolągów, w stylu kolesia wysyłającego gorące całusy w stronę wokalisty, panny wiszącej na swoim chłopaku i wpijającej mu się w usta, oraz rozsianych tu i ówdzie indywiduów, które gibały się do wszystkiego, tylko nie do rytmu. Za to też lubię koncerty Marillion. :-)))

A sama wyprawa na koncert - jak z płatka. Jechaliśmy z Waldkiem, kolegą brata, jego samochodem. Dzięki autostradzie trasę do Gdańska łyknęliśmy momentalnie, mimo że GPS pokazywał, że jedziemy przez szczere pole. :-) W Gdańsku spotkaliśmy Agnieszkę i Macieja, w których towarzystwie wypiliśmy po browarze i obejrzeliśmy koncert. Gdańsk, niestety, nie poprawił swojej kiepskiej opinii u mnie - pomijając halę, w której odbywał się koncert, również jadłodajnia, na którą trafiliśmy później, nie zrobiła szału. Dostaliśmy ledwo letni kebab, a na pytanie o grzane piwo kelner bardzo grzecznie odpowiedział, że piwo owszem, jest grzane: w mikrofalówce, bez jakichkolwiek przypraw i dodatków. Yuck!

2009-02-11

Kostki zostaną rzucone?

W końcu! Już po zaledwie czterech miesiącach od chwili nabycia udało mi się przesłuchać najnowszą płytę Marillion, Happiness is the Road, i to DWA razy (kocham firmę Sennheiser!)! Wstrzymam się tymczasem od wyrażania opinii o muzyce jako takiej, bo nieraz było już tak, że płyta, która na początku wydawała mi się kompletnie do niczego, po jakimś czasie nabierała w moich uszach wartości (Holidays in Eden), i na odwrót (Anoraknophobia). W tej chwili wydaje mi się, że jest tej muzyki bardzo dużo, co powoduje, że zlewa mi się w głowie w całość, z której trudno wyodrębnić czy wyróżnić poszczególne utwory. Produkcja - jak niemal zawsze w przypadku Marillion - jest rewelacyjna, brzmienie znakomite; to pokazuje, na co stać wielkich artystów, jeśli mają swobodę tworzenia.

A dzisiaj wieczorem koncert w Gdańsku, na który się wybieramy. Doniesienia z dotychczasowych (Kraków i Warszawa) są entuzjastyczne i pełne zachwytów, ale nie wierzę fanom Marillion, bo to w 90% egzaltowane nimfy. :-))) Jakiś zawodnik napisał dzisiaj maila do Trójki, że koncert będzie pamiętał przez całe życie, bo dostał gitarową kostkę (albo kostką, nie dosłyszałem) od Steve'a Rothery. Dżizus... Tak więc wieczorem sam się przekonam, czy chłopakom chce się jeszcze grać. Może dostanę kostką od Pete'a? :-)

2009-02-09

Wesley za darmo

Pewnie to żadna nowość, bo ja zazwyczaj dowiaduję się o wszystkim ostatni, ale John Wesley, świetny gitarzysta znany ze współpracy z Marillion, Fishem i Porcupine Tree, udostępnił wszystkie swoje solowe albumy bezpłatnie w Internecie. Dowiedziałem się o tym z tego artykułu. Jedyne, co trzeba zrobić, to odwiedzić jego oficjalną stronę, kliknąć widoczny u góry baner No Cost Music Downloads, podać swój adres e-mail i... zacząć pobieranie. Polecam - może ktoś znajdzie swoją nową, muzyczną fascynację. A Wes to naprawdę sympatyczny gościu... :-)

Co w mp3 piszczy... 2

  1. David Bowie - Black Tie White Noise;
  2. David Bowie - The Buddha of Suburbia;
  3. David Bowie - Outside;
  4. David Bowie - Reality;
  5. Antonio Vivaldi - Splendor Wenecji;
  6. Aphex Twin (ten sam, co ostatnio);
  7. Brian Eno (ten sam, co ostatnio);
  8. David Byrne, Brian Eno - Everything That Happens Will Happen Today;
  9. Fleet Foxes (to samo, co ostatnio - naprawdę gorąco polecam!).

A poza tym parę kawałków luzem:

Gus Gus - Ladyshave
The Australian Pink Floyd Show - Comfortably Numb;
The APFS - Pigs
The APFS - Echoes
Dwugodzinna zgrywka z internetowego radia Digitalis (uwaga, kliknięcie łącza grozi natychmiastowym rozpoczęciem odtwarzania!).

2009-02-01

Co w mp3 piszczy... 1

Na nadchodzący tydzień (a przynajmniej poniedziałek) moje uszy będzie pieścić następujący zestaw zapakowany do odtwarzacza:

1. Aphex Twin - Selected Ambient Works vol. 2;
2. Brian Eno - Apollo (Atmospheres and Soundtracks);
3. Pink Floyd - The Wall (nie, nie byłem na The Australian Pink Floyd Show);
4. Robert Wyatt - Schleep;
5. Muzyka klasyczna z płyt wydawanych w ramach serii Mistrzowie Muzyki Klasycznej. Vivaldi, Bach, Beethoven;
6. Fleet Foxes - Fleet Foxes;
7. The Yardbirds - Five Live Yardbirds;
8. Trzy kawałki ściągnięte ze strony The Australian Pink Floyd Show (naprawdę nie byłem na ich koncercie!) - Echoes, Comfortably Numb i Pigs - Three Different Ones.

Swego czasu w googlowym Notatniku zapisywałem muzykę, słuchaną danego dnia w pracy. Lista była nawet całkiem obszerna, ale w formacie notatnika mało czytelna. Teraz wymyśliłem, żeby spróbować to w pewnym stopniu powtórzyć w blogu.

2008-12-12

Powolne promieniowanie

Właśnie słucham sobie Marillionowego Radiation i po raz kolejny dochodzę do wniosku, że to strasznie niedoceniana płyta. Co prawda znajomy Irlandczyk krótko po wydaniu posunął się do stwierdzenia, że to najlepsze dzieło M. od czasu Misplaced Childhood, ale szybko się wycofał z tego stwierdzenia; natomiast większość pozostałych opinii mieszała album z błotem.

Tymczasem takie Under the Sun czy Three Minute Boy to naprawdę rewelacyjne kawałki, fragment „No religion, no restraint” wpadł mi w uszy przy pierwszym odsłuchaniu niekompletnej wersji demo z jakiegoś audioklipu rozprowadzanego przez zespół po sieci. Do tego jeszcze A Few Words for the Dead... Fakt, że album brzmi dość „ciasno”, a może nawet „kartonowo”, ale ma to swój niewątpliwy urok. Fajna płyta. :-)

2008-10-27

Songs to die 4

Nigdy w sumie nie robiłem żadnego rankingu, dopiero ostatnio, podczas słuchania The Kick Inside, mnie naszło. Tytuł wpisu jest po angielsku, bo po polsku niestety nie brzmi tak fajnie... Piosenki, dla których warto umrzeć... chociaż w sumie... :-) Nie są to piosenki, których słucham na co dzień,  natomiast bez nich życie niewątpliwie byłoby uboższe. Ich kolejność na niniejszej liście jest całkowicie losowa. Anyway, zapraszam do tworzenia własnych list w komentarzach, jak się komuś będzie chciało. ;-) Mój ranking poniżej.
  1. Kate Bush, Wuthering Heights
  2. Rolling Stones, Sympathy for the Devil
  3. Cream, Sunshine of Your Love
  4. REM, Lotus
  5. REM, Star Me Kitten
  6. Talking Heads, Road To Nowhere
  7. Pink Floyd, Comfortably Numb
  8. Rolling Stones, Angie
  9. Led Zeppelin, Achilles Last Stand
  10. Fish, View from the Hill
Po osiągnięciu 10. miejsca stwierdziłem, że mógłbym ciągnąć tę listę co najmniej do pozycji 30. :-) Co zabawne, ani jednego Marilliona... Ale to o niczym nie świadczy! :-)))

2008-10-05

Nie oglądaj się teraz...

Widok tańczącego Davida Byrne'a jest dość intrygujący, żeby nie powiedzieć zabawny. Sam kawałek z kolei to niepokojąca wrzutka na przeuroczym albumie nagranym wspólnie z Brianem Eno, o którym to albumie zresztą wspominałem niedawno. Pierwotna opinia się mocno zmieniła; to JEST przyjemna muzyczka do słuchania w pracy, ale uważne przesłuchanie płyty skutkuje odkryciem warstw, nastrojów i klimatów, które powodują, że całość zapada w pamięć na dłuższy czas. Jest u mnie w ciągłej rotacji. Bardzo mi się podoba, że David Byrne, mimo upływu czasu, wokalnie trzyma wysoką klasę, podobnie zresztą - zachowując wszelkie proporcje - jak Peter Hammill...

2008-09-22

Wszystko wydarzy się dzisiaj

Pożoga się rozszerza. :-) Coraz więcej artystów udostępnia za pośrednictwem Internetu już nie pojedyncze utwory, lecz całe płyty. Do tego zacnego grona dołączyli ostatnio Brian Eno (Thursday Afternoon nadal uważam za genialną płytę!) i David Byrne. Nie ma się co oszukiwać, ten album nie jest jakimś wiekopomnym dziełem; ot, przyjemna muzyczka do posłuchania w pracy. Ale gest niewątpliwie miły. :-)


2008-09-11

Fish wraca do Marillion!

W roku 1989 Fish wydał swoją pierwszą płytę solową po rozstaniu z Marillion. Znajduje się na niej utwór State of Mind, z tekstem o wybitnie politycznej wymowie. Niemal dwadzieścia lat później opuszczony zespół Marillion na mającej się ukazać płycie Happiness is The Road umieszcza piosenkę... State of Mind - jeszcze nie wiem, o czym jest tekst, bo jej nie słyszałem. Oczywiście nie są to te same utwory, jednak przekaz jest dla mnie całkowicie jasny: te dwa kawałki stanowią klamrę spinającą dwudziestoletni okres rozłąki!!! Po zakończeniu tras koncertowych Fisha i Marillion obie strony wydadzą oświadczenie o powrocie Szkota do zespołu i rozpoczęciu nagrywania nowej płyty, na której Steve Hogarth będzie obsługiwał drugi zestaw klawiszy oraz występował w chórkach. W moim przekonaniu utwierdza mnie fakt, że na listopad zapowiedziana jest premiera sześciopłytowego zestawu koncertów Marillion z lat 1982-1987, niewątpliwie w celu przypomnienia, jak to drzewiej bywało. A bywało pięknie, oj pięknie...! :-)

A tak serio... Marillion wykonuje kolejny krok w głąb Internetu, udostępniając swój najnowszy album w sieci przed premierą. Nie tak po prostu - żeby ściągnąć utwory, trzeba podać swój adres e-mail, który zostaje zweryfikowany, a jego właściciel będzie otrzymywał... khem khem, „oferty handlowe”. Czy zespół na tym skorzysta, czas pokaże. Ja cierpliwie czekam na przybycie zamówionych płytek, umilając sobie czas słuchaniem... Manhattan Transfer, ha ha ha.

2008-07-24

Quidam

Po dość długiej przerwie wybraliśmy się po raz kolejny na koncert w Radiu PiK. Tym razem grała inowrocławska kapela progresywna Quidam. Zespół działa już od wielu lat, jednak do mojej świadomości dotarł jakoś mocniej przy okazji współpracy z Colinem Bassem, na jego rewelacyjnej płycie „An Outcast of the Islands”. I na tym na dobrą sprawę się skończyło. Tak więc na koncert szedłem z praktycznie żadną znajomością twórczości zespołu, wiedząc jedynie, że dotychczasową wokalistkę zastąpił wokalista.

Moim zdaniem, była to zmiana na gorsze. Kto pamięta „boską Emilię”, musi przyznać rację. :-) Ta dziewczyna miała świeży, mocny, charakterystyczny głos - tymczasem kolega Bartosz śpiewa... po prostu śpiewa. Być może oszczędzał gardło przed czekającym ich występem w Loreley, ale niestety nie wywołał żadnych emocji, a momentami wręcz niknął na tle pozostałych muzyków (jak zresztą od czasu do czasu gitarzysta - przy solówkach!!!). Co jest nie tak ze studiem Radia PiK (bo przecież nie z realizatorem?), że jeszcze nie trafiliśmy na dobrze nagłośniony koncert - tzn. nie za głośno, nie za cicho, wyraźnie słychać wszystkie instrumenty?

No a poza tym zespołowi nie można nic zarzucić - przynajmniej pod względem technicznym. Niestety, bolesną przypadłością polskiej muzyki progresywnej (może nie tylko polskiej, może nie tylko progresywnej?) jest to, że w okolicach trzeciego-czwartego kawałka człowiek czuje się, jakby przez uszy przeciągali mu kłąb waty. Brak zapadających w pamięć melodii (tydzień po koncercie nie jestem w stanie zanucić nic, a na przykład takie Czaqurwagrać dźwięczy mi w uszach do dzisiaj, i to wcale nie ze względu na zawarty w tekście wulgaryzm), w większości te same, ograne schematy: spokojne wejście, walnięcie w refrenie, standardowa solówka gitary, standardowa solówka na klawiszach (albo intro i outro). Nuda, panie. I droga na Ostrołękę.

Oczywiście, wytykam negatywy, bo podobno lubię marudzić (ja?!?!), a poza tym o nich jakoś łatwiej i przyjemniej się pisze. :-) Co nie znaczy, że koncert mi się nie podobał. Wręcz przeciwnie - było fajnie, wokalista potrafił całkiem nieźle ożywić publikę, co - biorąc pod uwagę skromne możliwości lokalowe - stanowiło niezłe osiągnięcie. Świetny był „Wróbelek Elemelek” (© Kasia), czyli koleś popiskujący na różnych flecikach. Jak panowie zacytowali w swoich utworach kawałki King Crimson i Deep Purple, to też było całkiem przyjemnie. A zdecydowaną opinię spróbuję sobie wyrobić po planowanym na 6 września koncercie w Inowrocławiu.

PS. Jakaś szansa na poduszki pod tyłek? Krzesła w studiu są przeraźliwie twarde...

2008-07-10

Znaki łaski

Krąży takie dość egzaltowane powiedzenie, że muzyka jest twarzą boga. Muszę niestety ze smutkiem stwierdzić, że dawno na nią nie „patrzyłem”. Nie pamiętam, by w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy jakaś płyta czy utwór zrobiły na mnie wielkie wrażenie, oczarowały swoją świeżością, zachwyciły. Wręcz przeciwnie, czego przykładem Lao Che albo ostatnio Czesław Śpiewa - koszmar nieprawdopodobny, chciałem pisać o nim notkę, ale mam dosyć powodów do nerwów w pracy. :-)

Szczęśliwie bóg (bogowie?) znowu pozwolił mi przez chwilę patrzeć w swoje oblicze :-), objawiając przede mną trzy płyty.
  • Ornette Coleman, The Shape of Jazz to Come (1959). Sześć utworów, sześć dotknięć Absolutu... Gdy wsłuchuję się swoim niewprawnym uchem w linie poszczególnych instrumentów, wydają się być w większości kompletnie bez sensu: jedna trąba dmie swoje, druga swoje, perkusja stuka rytm z jeszcze innej parafii... Dopiero złożenie pojedynczych partii w całość ujawnia skrywane piękno i geniusz. Te z pozoru niedbałe, improwizowane frazy, wydmuchiwane z niezwykłą swobodą, graniczącą z nonszalancją, przez saksofon i kornet, osadzone na mocnych fundamentach basu i perkusji, to cudo, jakiego od dawna nie słyszałem. Przy tej muzyce zamykam oczy i odlatuję. Całość chwyta za uszy, mózg i serce (niekoniecznie w tej kolejności), nie puszczając aż do ostatniego dźwięku. Jest to niesamowite tym bardziej, że płyta została zarejestrowana w sześć godzin, w trakcie których nagrano osiem utworów! No i jeszcze jedna sprawa - miało to miejsce 50 lat temu... :-) A efekt jest nadal świeży i inspirujący.
  • Miles Davis, In A Silent Way (1969). Tę płytę porównałbym do rzeki. :-). Zawiera zaledwie dwa - za to długie - utwory, trwające po około 20 minut. Każdy z nich jest z kolei podzielony na trzy części. Mimo takiej, dość rozbudowanej konstrukcji, całość... leniwie płynie. Fajnie byłoby wsiąść do pociągu byle jakiego i, będąc unoszonym gdzieś w dal, słuchać tej muzyki, gapiąc się przez okno. :-) Perkusja nabija dość szybki rytm, ale poza tym nikt nigdzie się nie spieszy, słuchacz ma wrażenie, że muzycy grają od niechcenia, że improwizują - co tak do końca nie jest prawdą, bo końcowy efekt to rezultat pracy producenta, Teo Macera (odpowiedzialnego również za przełomowe, fenomenalne Kind of Blue). Płyta została nagrana w składzie ośmioosobowym, wszyscy uczestnicy mają znaczące miejsce na kartach historii jazzu; warto odnotować drugie - po solowej płycie debiutanckiej - pojawienie się Johna McLaughlina, późniejszego lidera Mahavishnu Orchestra. Jak podaje Wikipedia, McLaughlin poznał Milesa i został zaproszony do udziału w sesji dzień przed jej dokonaniem...
  • PJ Harvey, To Bring You My Love (1995). Zuuuupełnie inna strona muzycznego spektrum. Trzymając się wstępu, można powiedzieć, że to mroczna twarz Boga. Zdecydowanie nie nadaje się na podkład muzyczny do słonecznego dnia, chyba że ktoś lubi doprawić sobie a perfect day (hint, hint) odrobiną dziegciu i goryczy. :-) Muzyka bardzo ascetyczna, surowa i oszczędna, jednocześnie ciężka i gęsta od emocji. Różnych emocji: od demonicznego, maniakalnego To Bring You My Love, przez bezkompromisowe, zaczepne Meet Ze Monster, po pełne tęsknoty, liryczne, melancholijne Teclo - zresztą praktycznie każdy kawałek na tej płycie to perełka. Również teksty przyprawiają o dreszcze... które zaczynają się od I was born in the desert, przechodzą w próżną prośbę Let me ride on his grace for a while, by osiągnąć kulminację w równie niemożliwej do spełnienia szeptance-wyliczance zaczynającej się od słów Little fish bigh fish swimming in the water... Idealne warunki do słuchania tego albumu to piątkowy, deszczowy wieczór z butelką mocnego alkoholu. :-)
PS. Tak, wiem, dyskutowanie o muzyce to jak tańczenie o malarstwie... Dlatego z kolegą, który parę tygodni temu próbował przekonywać mnie o wielkości The Flower Kings czy RPWL, nie pogadaliśmy zbyt długo. :-) Może kiedy indziej. :-)

2008-06-27

21

At that time of the night I sit in the bar sipping iced White Russian... Było nas troje, porcje mogły być nieco większe. Niemniej wieczór/noc dały w beret, wspomnienie nigdy nie zagaśnie. Marillion forever. :-))) Carry on the torch. I tylko szkoda, że Ciebie nie ma ze mną, my long lost friend.

2008-06-03

Oops! He did it again...

Po cichu... po wielkiemu cichu... Trent Reznor wydał kolejną płytę NIN. Właściwie zamiast „wydał”, lepiej byłoby napisać „wrzucił do sieci” - płytę może pobrać każdy za darmo, w różnych formatach, od mp3 po hipermegawysokiej jakości pliki wav. To odważniejszy ruch niż w przypadku poprzedniego wydawnictwa (czego?), czyli czteroczęściowego Ghosts I-IV, ale biorąc pod uwagę, że luksusowa, limitowana edycja Duchów (2500 egzemplarzy po 300 dolców sztuka) sprzedała się praktycznie na pniu, mógł sobie spokojnie pozwolić na taki gest. Jestem na razie po pierwszym przesłuchaniu The Slip, pierwsza rzecz, jaka rzuca się w uszy, to... pogodniejsze brzmienia. Oj, nie za to lubimy Nine Inch Nails, nie za to... :-) Cała płyta jest poza tym szybka, w tym sensie, że jeszcze dobrze się nie wsłuchałem, a już się skończyła. Na temat jakości muzyki po pierwszym razie się nie wypowiadam. ;-)

Natomiast bardzo mnie ciekawi, jak podobny pomysł sprawdzi się w przypadku Marillion - oni też rozważają luksusową, limitowaną edycję Happiness is the Road, po 150 funtów za egzemplarz.

2008-04-27

Fresh Body Shop

Wszystkim fanom Nine Inch Nails, zwłaszcza tym, do których nie przemawia ostatnie wydawnictwo Trenta (chociaż warto przebrnąć przez te 36 utworów), polecam nagrania francuskiego zespołu Fresh Body Shop. Trzy płyty można ściągnąć całkowicie legalnie i za darmo z Jamendo. Album Make It End sprawia wrażenie, że to zaginione taśmy NIN. :-) Niezłe granie, choć zastanawiam się, czy tak doskonała kopia nie zacznie mnie szybko wkurzać... ;^)