IDL

2008-12-11

Wrzeszcz w Stogach po Oliwie

Po powrocie z jednodniowej wyprawy do Gdańska - gdzie towarzyszyłem Ojcu wezwanemu w charakterze świadka przez Instytut Podsycania Nienawiści - dochodzę do wniosku, że jestem stuprocentowym bydgoszczaninem bez żadnych szans na poprawę. Już sam dworzec gdański wzbudził we mnie niechęć (mimo że nie śmierdziało na nim bezdomnymi, jak to miało miejsce o 8 rano w Bydgoszczy), dodatkowo natknęliśmy się tam na dość opryskliwe osoby, które nie bardzo potrafiły (albo nie chciały) pomóc nam w dotarciu do miejsca przeznaczenia. Jakoś sobie w końcu poradziliśmy, chociaż była to kolejna wyprawa na rubieże - nie dość, że musieliśmy jechać tramwajem hen hen daleko, to jeszcze wysiedliśmy nieco za wcześnie i drałowaliśmy z 20 minut na piechotę. W ogóle to miasto wywarło na mnie jakieś takie przygnębiające wrażenie, może wpływ na to miała nieciekawa pogoda.

Oczywiście, cała podróż była kompletnie bez sensu - urzędnik odczytał Ojcu to, co ten powiedział pół roku wcześniej w Bydgoszczy, rola staruszka ograniczała się do potakiwania, co zajęło jakąś godzinę. Jedyny plus jest taki, że doszedłem sobie do Zatoki Gdańskiej, pooddychałem jodem, popatrzyłem na wodę, statki, fajne domki nad morzem... Potem jeszcze zjedliśmy obiad w sympatycznej knajpce z kominkiem przy plaży i to by było na tyle. Stwierdziliśmy, że przydałoby się jakieś piwo na drogę, ale na dworcu jest prawdopodobnie zakaz sprzedaży, zaś w jego bezpośrednim sąsiedztwie znalazłem tylko pijalnię Okocim, gdzie nalewali piwo do plastikowych kufli. Sprawa rozwiązała się dopiero pół godziny przed Bydgoszczą, gdy w pociągu pojawił się pan oferujący browarki po pięć zeta za puszkę! :-)

Tak więc powrót do Brombergowa powitałem z ogromną ulgą i radością, z sympatią patrzyłem na zarąbisty korek na Dworcowej, a jak już wylądowałem w domu i padłem na kanapę, było zupełnie bosko.
Prześlij komentarz