IDL

2007-09-11

Haddington Convention 1999, cz. 2

W końcu ciąg dalszy! Mam nadzieję, że kolejne odcinki nie będą się pojawiać w takich odstępach czasowych... :-)
_______________________________________________ 

Dzięki informacjom przesyłanym przez Fisha za pośrednictwem Internetu wiadomo było, że nieoficjalnie Konwencja rozpocznie się już w piątek, krótkim koncertem-rozgrzewką w pubie zwanym Victoria Inn. Wraz ze znajomymi z list dyskusyjnych Freaks i Freakout postanowiliśmy w tymże pubie zrobić punkt zbiorczy. W Haddington zlądowaliśmy w czwartek wieczorem, zamieszkaliśmy w obozowisku Monk's Muir, leżącym jakieś pięć kilometrów od tej miejscowości (wszystkie pokoje w Haddington były zarezerwowane już na kilkanaście dni przed Konwencją). Oprócz naszego rozbite były tylko dwa inne namioty, ale kiedy obudziliśmy się w piątek koło południa, camping był zapchany fanami do tego stopnia, że niektórzy musieli rozstawiać swoje wigwamy niecałe dwa metry od ruchliwej w tym miejscu szosy! Czuliśmy się nieco dziwnie, bowiem w tym całym tłumie byliśmy bodaj jedynymi, którzy nie mieli koszulek z logo Fisha (błąd już naprawiony!).

Do Haddington wyruszyliśmy koło siedemnastej, pub znaleźliśmy bez problemu, tak samo jak Corn Exchange - dwa budynki od Victoria Inn, obok ratusza. Miejscowość, położona nad rzeczką Tyne, jest niewielka i bardzo ładna, z budynkami mieszkalnymi z XVII i XVIII wieku, a także przepięknym kościołem św. Marii pochodzącym z XII wieku. Jak zawsze w tego typu miasteczkach, dzieje się tam niewiele, toteż najazd takiej watahy turystów (400 członków fanklubów i mniej więcej tyle samo nie zrzeszonych fanów) musiał wywołać niezłe zamieszanie! Stali bywalcy Victoria Inn czuli się zapewne nieswojo, kiedy odkryli, że ich stałe miejsca okupowane są przez obcokrajowców, a kolejka do baru powiększa się z minuty na minutę…

Do próby zespołu Fisha, występującego pod nazwą Derek and the Badgers, pozostawało jeszcze trochę czasu, co dało nam doskonałą okazję do zawarcia znajomości ze zgromadzonym w pubie towarzystwem. Był tam między innymi Joe Serge, pełniący rolę kapitana CoNA Football Team, kilkoro innych członków drużyny, a poza tym duża grupa Niemców, kilku Francuzów, Holendrów i Anglików. W pewnym momencie pojawił się nawet Australijczyk, który na Konwencję przyleciał specjalnie z Perth! Wspaniała, przyjacielska atmosfera, panująca w Victoria Inn od samego początku, wraz z upływem piwa stawała się coraz lepsza. Koło 19:30 zaproszono nas do nieco większej sali z barem, znajdującej się na piętrze budynku. Na niewielką scenę wyszedł lokalny zespół Steve Morton's All Stars (z całą pewnością zaskoczony i nieco stremowany tłumem słuchaczy), który uraczył nas wiązanką hard-rockowych klasyków z lat siedemdziesiątych. Szło im naprawdę nieźle, do momentu, kiedy w drzwiach pojawiła się głowa Ryby. Od tej chwili publiczność przestała zwracać na nich uwagę. Zespół to wyczuł i szybko skończył swój występ.

Po około piętnastu minutach na scenie znaleźli się John "Wes" Wesley (gitara), Dave "Squeeky" Stewart (perkusja), Steve Vantsis (gitara basowa), Tony Turrell (instrumenty klawiszowe), Elizabeth Antwi (śpiew), no i oczywiście Derek Dick. Atmosfera, już przedtem dosyć gorąca, sięgnęła teraz tropików. Zajęte przeze mnie miejsce, na samym końcu sali, z którego nie byłem początkowo zadowolony, okazało się wręcz idealne: stojąc na krześle, widziałem ponad głowami słuchaczy cały zespół, a poza tym stałem przy otwartym oknie - przy niewielkiej salce zapchanej ludźmi było to prawdziwym błogosławieństwem. Zespół grał około godziny, poszczególne utwory przedzielone były tradycyjnymi pogawędkami Fisha z publicznością. Bodajże po Just Good Friends, kiedy rozglądał się po sali i witał ze znajomymi, stwierdził znienacka „Szkoda, że nie ma tutaj nikogo z Polski”. „Jak to nie ma”, wykrzyknęliśmy „My jesteśmy!”. Fish z pewnym zaskoczeniem odparł „No to wasze zdrowie, chłopaki.” Oprócz wspomnianego utworu, usłyszeliśmy jeszcze między innymi Somebody Special, Incomplete, Change of Heart, Out of my Life, Lucky, Lady Let It Lie, Tilted Cross, Raingods Dancing i Wake-up Call. Był moment wręcz mistyczny - w trakcie wykonywania Raingods Dancing zaczął padać deszcz!

Generalnie jakość dźwięku nie była może zbyt dobra, ale za to atmosfera - jak zwykle - wręcz nieprawdopodobna. Jedną z bardzo ważnych zalet Fisha jest to, że potrafi śmiać się z siebie, również na scenie. W przerwie między utworami opowiedział anegdotkę związaną ze swoim nazwiskiem (Dick - synonim… Wacka?). Otóż, jeszcze w czasach Marillion, zespół przyleciał na trasę koncertową do Stanów Zjednoczonych. Podczas odprawy celnej jeden z urzędników zapytał wokalistę, jak się nazywa. „Fish” - zabrzmiała odpowiedź. Celnik spojrzał uważnie i powiedział „Proszę o pana prawdziwe nazwisko”. „Derek Dick” - powiedział Fish. Nieco zirytowany celnik warknął „Nie, chodzi mi o pana PRAWDZIWE nazwisko!”… (cdn.)

Prześlij komentarz