IDL

2007-08-28

Kolesie w beemkach

Widać ich w każdym mieście. Rżną z rykiem silników po dziurawych ulicach, wyciskając siódme poty ze swych wysłużonych, sprowadzonych ze szrotu w Reichu, stuningowanych beemek. Za nic mają pieszych i innych kierowców, a na pytanie-uwagę „Jak jeździsz, człowieku?” zazwyczaj odpowiadają „A ch... cię to obchodzi”. Zwykle noszą goldy, bejsbolówki i wieśniackie dresy.

Ale „koleś z beemki” to nie tylko fenomen socjologiczny - to również stan umysłu.

Miałem okazję przekonać się o tym podczas urlopu, na... rzece.

Podczas jednego z etapów spływu dotarliśmy do leżącego w poprzek nurtu drzewa, długiego na tyle, że dalszą podróż umożliwiał jedynie wąski przesmyk między jego koroną a brzegiem rzeki. Płynące przed nami dziewczyny nieco się zagapiły, w związku z czym wylądowały burtą kajaka równolegle do przeszkody. Widząc to, chwyciliśmy się wszycy tego, co akurat było pod ręką, żeby stanąć w miejscu i dać im czas na pokonanie przesmyku. One, chwytając gałęzie, zaczęły ciągnąć kajak w jego stronę. W tym momencie zza zakrętu wypłynął żółty kajak z jakiegoś innego spływu, a w nim dwóch kolesi. Nawet nie próbowali w jakikolwiek sposób zahamować, zawrócić, zwolnić - wpłynęli prosto na kajak dziewczyn, wbijając się razem z nimi pod gałęzie.

Nie koniec na tym - za chwilę pojawiły się kolejne trzy kajaki z tego samego spływu, a „powożący” nimi zawodnicy z pełną prędkością wjechali w kotłujących się pod drzewem. Brakowało tylko pisku opon i palenia gum po asfalcie. Nam trudno było jakkolwiek zareagować, poza mieleniem przekleństw pod nosem.

Oczywiście, nie było żadnych przeprosin czy wzajemnej pomocy - po wyplątaniu się z gałęzi i przedostaniu na drugą stronę kłody beemkowcy - chciałoby się napisać „z pieśnią na ustach” - ruszyli na dalsze podboje rzecznych odmętów. Ich ślad (i rzeszy poprzedników) znaczyły wesoło podskakujące w zakolach rzeki puszki po piwie, plastikowe butelki i foliowe worki...
Prześlij komentarz