IDL

2007-12-15

A na koniec zasmażka!

Jestem bardzo nieszczęśliwy.

Wpadłem otóż na pomysł, aby na dzisiejszy obiad przygotować wymyślną (?) potrawę - kluski szpinakowe w sosie serowo-śmietanowym. Z moich perypetii przy kuchennym blacie Czesi spokojnie skręciliby kolejny odcinek Sąsiadów... Ale tak to jest, jak się facet z dwiema lewymi rękami chwyta za garnki.

Jako kuchenny wyga nawet się nie przebrałem w jakieś robocze ciuchy, preferując zamiast tego styl a la Pascal Brodnicki - dżinsy, zapinany sweterek. Zielone plamy szpinaku na błękicie dżinsów i brązowym swetrze tworzą dość ciekawy efekt kolorystyczny i pobudzają do refleksji nad własnymi umiejętnościami manualnymi.

Rutynowanym, pewnym gestem wrzuciłem do miski szpinak (za dużo), mąkę (za mało, bo szpinaku za dużo), dwa jajka i łyżeczkę soli (z tym na szczęście trafiłem). Ruchem Gary Coopera wyszarpnąłem zza przysłowiowego pasa mikser i zacząłem mieszać składniki. Szło całkiem nieźle, ale w związku z opisanymi wcześniej problemami z doborem proporcji ciasto wyszło za rzadkie. Oparłem więc mikser o miskę (jak się kilkanaście sekund później okazało, był to przebłysk geniuszu z mojej strony) i oddaliłem się po telefon, chcąc zadzwonić do Kaśki, żeby przyniosła mąkę.

W momencie, gdy wyciągałem rękę po aparat, usłyszałem, jak nietrudno się domyśleć, huk spadającego miksera, który pociągnął za sobą miskę z ciastem. Na szczęście nikt nie słyszał huku, jaki ja wydałem z siebie - tym bardziej, że był on mocno niecenzuralny. Zielone plamy szpinaku na jasnobrązowych kafelkach podłogi tym razem nie wzbudziły we mnie żadnej refleksji...

Pozbierałem całość, jakoś dokończyłem robotę. Większych strat już nie zanotowałem. Zobaczymy, jak danie się uda.

W przyszłym tygodniu mam zamiar gotować warzywa po indyjsku...

Prześlij komentarz