IDL

2007-06-27

Więc jeszcze raz ten zabaw plac...

Dzisiaj jest bardzo ważny dzień - 27 czerwca. :-) Tak ważny, że pamiętając o nim i planując go od półtora miesiąca, zupełnie zapomniałem, że tydzień temu (19 czerwca) minęło X lat od obrony mojej pracy magisterskiej. ;-)

XX lat temu, 27 czerwca, w poznańskiej hali Arena zagrał jeden ze swoich pięciu koncertów (1, 2, 3, 4) mój ukochany Marillion. I ja tam byłem (jedną z 10 000 osób). Ten dzień mogę określić jako moment definiujący wszystko, co działo się ze mną przez następne XX lat. Muzykę zespołu znałem już od jakiegoś roku-dwóch, dzięki mojemu kochanemu Bratu, który przywiózł z Warszawy żółto-czarną kasetę BASF z Misplaced Childhood po jednej stronie, a Led Zeppelin IV po drugiej. W ogóle od najwcześniejszych lat mój Braciszek dbał o moją edukację muzyczną, dość powiedzieć, że dwa najważniejsze dla mnie zespoły - właśnie Marillion i Led Zeppelin - znam tylko i wyłącznie dzięki niemu. Za co nigdy nie przestanę być mu wdzięczny. Ale to temat na osobną notkę.

Koncert odbywał się w sobotę, ruszyliśmy większą grupą w dwa maluchy (takie samochody). W tym, którym jechałem, był zamontowany stereofoniczny kaseciak firmy, której nazwy w ogóle nie pamiętam (Kasprzak? srebrny!), ale wtedy było to wypasione urządzenie. Oczywiście przez całą drogę Marillion, a towarzycho tak nagrzane, że kierowca przy gitarowych solówkach puszczał kierownicę - a grzaliśmy w okolicach stówki! - i grał razem ze Steve'em...

Samego koncertu nie pamiętam. :-) Mam w głowie urywki - mój Brat trzymający mnie „na barana” przez pierwsze utwory koncertu; ręcznik, na którym tuszem kreślarskim namazaliśmy "Fish & Marillion" (potem Jacek rzucił go na scenę); gra światełek z wiszącej pod sufitem kryształowej kuli, na którą puszczono reflektory w czasie bisów. Tyle. Ale zryło mi beret na całe życie. :-)

Do Bydgoszczy wróciliśmy jakoś po północy. Mama oglądała popularny wtedy cykl „Kino nocne”, puszczali akurat film o Japończykach z czasów II wojny światowej, którzy przenieśli się w czasy średniowiecza. :-D Dżizas, czemu utkwiły mi w głowie takie pierdy, a nie to, co wtedy było najistotniejsze? Czyżby zapadło w podświadomość? Chociaż, przepraszam, artykuł cytowany w drugim akapicie tej notki (1, 2, 3, 4) swego czasu recytowałem z pamięci...

Od koncertu minął rok, w jego trakcie w Tucholi poznałem pewnego faceta ;-), okazało się, że jest nam po drodze (nie tylko muzycznie), walczyliśmy razem, oczekiwania i nadzieje co do nowych rzeczy Marillion były OLBRZYMIE. W trakcie tego samego roku zdążyłem wynieść się z Tucholi i przenieść do liceum (temat na książkę). No i po jednej z wrześniowych lekcji WF dowiedziałem się - jak zazwyczaj w moim życiu, przypadkiem - że Fish odszedł z zespołu. The game was over. Płakałem. Czasami nadal płaczę...

No więc właśnie ten dzień - 27 czerwca 1987 - i jego konsekwencje dzisiaj świętowałem. Już wiesz, Cobra, czemu mnie nie było w pracy. Napakowałem empeciaka starymi płytami Marillion, wlazłem na najwyższą górkę w Myślęcinku, i spędziłem dwie godziny słuchając „Misplaced Childhood” i „Clutching At Straws”. W drodze do Myśla i z powrotem też słuchałem tylko Marillion. Call me a freak (all the best freaks are here!)... :-)

Prześlij komentarz