IDL

2007-11-14

Ścierwojady

Z filmu The Doors Olivera Stone'a szczególnie zapadła mi w pamięć scena, gdy Jim Morrison widzi na ekranie telewizora reklamę, której podkład muzyczny stanowi Light My Fire, trafia go szlag i roztrzaskuje odbiornik o ścianę. :-)

Scena ta przypomniała mi się dzisiaj rano, gdy przed wyjściem do pracy byczyłem się na tapczanie czytając „Przekrój”, a w tle leciała radiowa Trójka. Rozbrzmiewa znany dżingiel „Zapraszamy do reklamy” i co słyszę? Don't Worry Be Happy Bobby'ego McFerrina, nieco zmienione (zapewne żeby uniknąć konieczności płacenia tantiem), z... polskim tekstem sławiącym usługi jakiegoś j*****go banku! Zatrzęsło mną niesamowicie, ale zbytnio sobie cenię mój zestaw audio, by ciskać nim o cokolwiek... ;-) Skończyło się na rzuceniu mięsem.

Nie mam nic przeciwko wykorzystywaniu znanej muzyki w reklamach, choć po zastanowieniu stwierdzam, że zależy to od reklamowanego produktu (reklama szeroko pojętej elektroniki czy samochodów jest OK, jak np. ten filmik reklamujący Sony Bravia). Natomiast to, co zrobiono z McFerrinem powinno być konstytucyjnie zakazane, sądownie ścigane i bezwzględnie eliminowane. :-) Tak samo, jak przeróbki utworów stanowiących kanon muzyki rockowej, by wspomnieć tu pedalskie Pink Floyd, dyskotekowe Led Zeppelin albo raperskie The Police. Moim zdaniem jest to padlinożerstwo - na przykład chęć wyrobienia sobie nazwiska kosztem lepszej marki. Nienawidzę czegoś takiego.
Prześlij komentarz